O autorze
Jestem aktorką i dziennikarką (lub dziennikarką i aktorką). Na złość wszystkim, którzy chcieliby mnie jakoś ometkować i zaszufladkować, konsekwentnie odmawiam wybrania jedej z tych profesji do wpisania w rubrykę zawód. Studiowałem aktorstwo w Warszawie i w Krakowie, a potem dziennikarstwo na UW. Dyplom zrobiłam w Londynie. Gram w filmach i serialach, zarówno w Polsce, jak i na Wyspach. Kocham filmy. Dla "Dzień dobry TVN" robię wywiady z największymi gwiazdami światowego kina. Jestem filmowym ekspertem w TVN24, a w TVN Style prowadzę program " O tym się mówi". Jestem felietonistką magazynu "Glamour". Marzę o wywiadzie z Edwardem Nortonem i o tym, żeby zwiedzić cały świat. Podróże to moja wielka pasja. Uwielbiam też taniec, nurkowanie, snowboard i wakeboard. Wszystko, co gwarantuje wysiłek fizyczny i skoki adrenaliny.

Podróżnik czy turysta?

Turcja. W hotelu turyści różnych narodowości. Dwójka Polaków próbuje nawiązać rozmowę z niemiecką parą siedzącą przy sąsiednim stoliku. Polega to głównie na szaleńczym machaniu rękoma, pokazywaniu palcami i powtarzaniu polskich słów, coraz głośniej i wyraźniej, tak jakby to miało ułatwić ich zrozumienie.

- Ży-wiec - powtarza z determinacją chłopak. - Jak jest piwo po angielsku? - pyta w końcu swoją towarzyszkę.
- Polish beer - wciska dalej mocno zdezorientowanej niemieckiej parze. - Żywiec, no!
- Jak ja mam im wytłumaczyć, że polskie piwo jest najlepsze?



Podobno podróże uczą, rozwijają, poszerzają horyzonty. Podobno. Kiedyś podróżowali nieliczni. Najbardziej zmotywowani i zdeterminowani. Gotowi znosić trudny i niebezpieczeństwa wielomiesięcznego tłuczenia się prymitywnymi środkami transportu w nieznane... Teraz każdy może polecieć na wakacje last minute. Zostać dostarczonym niczym przesyłka do hotelu all inclusive. I spędzić tam tydzień lub dwa wśród turystów z różnych krajów, na plaży jak z obrazka, nie ruszając się na krok z leżaka. Problem w tym, że wszystkie te hotele, wszystkie plaże wyglądają tak samo. Czy jest to Grecja, czy Turcja czy Egipt... Co za różnica? Czasami morze jest trochę cieplejsze, piasek trochę bardziej żółty, ale czy można w ten sposób poczuć atmosferę kraju, w którym się jest? Raczej nie. Byłam kiedyś w takim hotelu, w Varadero, na Kubie. Uciekłam po dwóch dniach, z powrotem do Havany, gdzie plaży wprawdzie nie było, mogłam za to pić Caipirinię w otoczeniu Kubańczyków i słuchać muzyki na żywo. Ale niemieccy i szwajcarscy turyści siedzieli w hotelach, nie wychylając nosa za próg. Potem pewnie wrócili zadowoleni do domu i opowiadali, jak cudownie bawili się na Kubie. Ale czy oni byli na Kubie?

Współcześni turyści niechętnie mieszają się z tubylcami. Anglicy czy Amerykanie na wakacjach w Meksyku, Afryce czy nawet Grecji czują się lepsi i traktują gospodarzy z góry. Polacy czy Rosjanie często nie znają języka, więc nawet gdyby nie chcieli, są na urlopie skazani na izolację. A jak poznać miejsce, które się odwiedza, jeśli nie rozmawia się z ludźmi? Można niby czytać przewodnik, ale to można robić nie ruszając się z domu.

Turystyczne atrakcje są atrakcyjne dla wszystkich, nie ma więc mowy o intymnej atmosferze. Turystyka to przemysł. Turyści jak bydło pędzeni od pomnika do kościoła i od kościoła do muzeum, pompowani nie-wiedzą przez pseudo-przewodników, niewiele z tego czerpią. Na pewno nie poszerzają swoich horyzontów. Odhaczają kolejne punkty na swojej liście rzeczy do zobaczenia, nie korzystając więcej niż gdyby to oglądali w domu, na Discovery Channel.

Kanada. Lecę. Na ślepo. W ciemno. Gubię się, odnajduję i znów gubię. Zwiedzam bez planu. Krok po kroku. Dzień po dniu. Według swojego pomysłu. Wzdłuż niewydeptanych szlaków. Spontanicznie. Pod prąd. Nad Niagarą tęcza. Dwie. Trzy nawet. Jak pięknie! Robię zdjęcia. Mnóstwo zdjęć. Wyciągam lustrzankę. Potem IPhona. Trzy aparaty. Pstrykam i pstrykam. Z tego kąta i z tamtego, pod słońce, z góry i od dołu... Bez końca. Przecież jest tak pięknie. I dopiero w samochodzie, kiedy przeglądam zdjęcia klatka po klatce dociera do mnie, że patrzyłam na Niagarę tylko przez obiektyw aparatu... Zagubiłam się w szalonym pragnieniu uwiecznienia piękna natury. I przegapiłam je...

Turcja. Ten sam hotel. Próbuje nabyć virgin mohito w plażowym barze. Nic z tego. Barman mówi "sori, noł", ale dlaczego - tego nie mogę się dowiedzieć. Rozmawiamy dłuższą chwilę, ja po angielsku, on trudno powiedzieć w jakim języku. Brak jakiegoś składnika. Chyba...
- One horse - mówi w końcu. Co niczego mi nie wyjaśnia, bo jaki niby związek ma koń z moim mohito? Poddaję się i zamawiam coca-colę. Dopiero następnego dnia spływa na mnie olśnienie. Horse = hour. Godzina. Wróć za godzinę. Ale minęło kilkadziesiąt godzin, zresztą ja już wcale nie chcę mohito. Musztarda po obiedzie.

Znam angielski. I też się nie dogadałam...
Trwa ładowanie komentarzy...